Przed chwila leciała w Dwójce cudna audycja jazzowa w której ramach prezentowano twórczośc jakiegos typa nagrywającego między innymi z King Crimson. Musze przyznac, że byłem do dzis abnegatem w kwestii tego zespołu. nie wiem czemu kojarzyli mi się zawsze z heavy metalem i omijałem ich szerokim łukiem. To co dzis usłyszałem na płycie Lizard zerwało mi czapke z głowy. nie mam teraz wyjścia i musze zapoznac sie zreszta twórczości. jesli pachnie ona tak mocno Zappą, Pattonem i podobnymi czeka mnie niezła uczta.

przy okazji musze odnotowac jeszcze jeden fakt. Pare dni temu jadąc do pracy słuchałem Trójki i trafiłem na audycje prowadzona przez Waglewskich Jr. i Sr.. nie za bardzo pamiętam co puszczali, w ucho wpadł mi fragment ich rozmowy po którym wróciłem do Dwójki. Kolesie produkowali sie na temat muzyki. Weszli na Yo-Yo Ma i w dwóch zdaniach doszli do wniosku że generalnie to siara i przeszli do kolejnego tematu.

Jadąc wczoraj w nocy do domu po weselu jednej z moich ulubionych koleżanek – chyba w sumie ulubionej – włączyłem Dwójke. Jakiś nieznany mi z głosu i nazwiska dziennikarz prowadził audycje własnie o Yo-Yo Ma – którego do tej pory znałem jedynie za sprawa duetu z McFerrinem. Gośc przez bitą godzine opowiadał o filozofii tego autora, jego metodyce pracy, korzeniach i poszukiwaniach. Ilustrował całośc muzyką wśród której zastrzeliło mnie flamenco w którym Yo-Yo Ma gitarę zastąpił swoja wiolonczelą.

Zadumałem sie nad tym jak niewiele do powiedzenia maja nasi czołowi medialni specjaliści, a jak nieznani są i jak małą publicznośc mają goście o głebokiej wiedzy. No ale jak powiem jakiemus “młodemu, wykształconemu” ze Waglewski – 1 i 2 – to plebsiarze to usłysze zaraz, że jestem moherem i chuja sie znam.