Na obrazku jest błąd. >Stone< ma opcję >Touch Screen< .
Apple czyli czkać frajerów
Firma Apple ostrzega przed swoimi słuchawkami! Podczas słuchania muzyki z iPoda skumulowany ładunek elektrostatyczny może nas delikatnie “porazić” w ucho.
Apple zaleca podniesienie poziomu wilgotności w pomieszczeniu i wyjmowanie iPoda z kieszeni najrzadziej, jak to tylko możliwe.
Ta firma osłabia mnie raz za razem :) Nie tak dawno zasugerowała użytkownikom swoich laptopów w których z powodu wady konstrukcyjnej hurtowo pękają obudowy, by ci po prostu nie zamykali klapek z monitorem. Uśmiałem się wtedy jak norka i nie sądziłem, że można przebić ten poziom bezczelności. Jak widzę myliłem się :)
3 dni z iPhonem
iPhone, sprzęt który nie schodzi z pierwszych stron wszelkiej maści gazet branżowych, doczekał się programów w telewizji w trakcie których specjaliści od nowinek pieli nad nim zachwyty, w końcu marzenie wielu zwykłych użytkowników. Od trzech dni mam go na stanie i przyznać musze, że już dawno żaden hardware nie wzbudził u mnie tylu emocji. Osobiscie przez ostatnie kilka lat używałem MDA będacego połączeniem telefonu i palmtopa. Ekran dotykowy, odtwarzacz multimedialny i kilka innych bajerów nad ktorymi zachwycaja się ’specjaliści” mam więc porzerobione i nie robią na mnie wiekszego wrażenia. No, ale wiadomo od czego sa specjaliści. Od gadania bzdur w TV oczywiście.
Dzień 1: Pierwszy kontakt i natychmiastowa miłość. Skonfigurowałem sieć, ustawiłem klienta poczty, zassałem kontakty z komputera, zacząłem zabawę. Na pierwszy rzut poszła poczta. Otwieram maila od znajomej, czytam o zamieszkach w Tybecie i odnajduje link do strony na której umieszczone są szczegółowe relacje. Automatycznie otwiera się Safari, ładuje się strona. W pionie jest trochę mało czytelna więc obracam aparat o 90 stopni. Razem z nim obraca się strona pozwalając oglądać się w formacie panoramicznym. Przykładam do ekranu dwa palce, rozsuwam je, witryna powiększa się ślicznie skalując znaki i elementy graficzne. Czysta poezja. Niby opcje te same co na moim wysłużonym MDA jednak przyznać trzeba że dodatki w postaci skalowani a i obrotu dają duży komfort. Plus dla iPhone.
Wchodzę w kontakty. Znajduję namiar na znajomego do którego mam wpaść wieczorem. Klikam na adres, uruchamia się Google Maps i wskazuje gdzie dokładnie mam się udać. Czysta rozkosz i gwizd uznania.
Ikona Install. Kryje się pod nią całkiem spora gromadka aplikacji przeznaczonych dla iPhone które można pobrać za pośrednictwem Internetu. Całkiem za darmo. Większość z nich to do niczego niepotrzebne gadżety typu cymbałki do mantr, proste gry, czy program do śledzenia menstruacji wybranki. Z nich wszystkich wybrałem i zainstalowałem iPrey aplikacje, przeznaczoną dla wyznawców islamu, która o odpowiednich godzinach zaczyna wyśpiewywać głosem imama pieśni ku chwale Allacha. Dodatkowo zapodałem czytnik RSS o nazwie SmartRSS, który w bajecznie łatwy i ładny sposób dostarcza wiadomości z ulubionych stron. Położyłem się do łóżka. uruchomiłem iTunes, odpaliłem najnowsze Nine Inch Nails i oddałem się robieniu prasówki. Żyć nie umierać, czysta przyjemność.

Dzień 2: Postanowiłem podnieść system iPhone’a z 1.1.1 do 1.1.4. Za namową Pstryka, odwiedzam stronę http://pl.ziphone.org i zasysam program o analogicznej do adresu witryny nazwie. Następnie podpinam aparat pod laptopa i korzystając z iTunes zaciągam nowy system. Trwało to koło kwadransa, potem dwie minuty na instalacje, trzy sekundy na klikniecie w odpowiednia opcję, i kolejne dwie minuty wymagane przez krakersa do zdjęcia sim locka i blokady systemu. Wuala. Zabezpieczenia nad którymi ludzie Jobsa siedzieli całymi miesiącami poszły w kosz w ciągu niecałych 20 minut. Nic dziwnego że chłopak boi się wyjść ze swoim Mac OS na szersze wody. Mając takich specjalistów nie sprzedałby nawet 1/1000 tego co Zły Bill.
Uśmiech mi nie schodzi z ust, mam spokojna prace… jak śpiewał swego czasu Jarek Janiszewski. No i kiedy radość miała we mnie eksplodować zaczęły się schody. Jadąc samochodem odebrałem połączenie z którego wynikła zmiana moich planów. Poprosiłem rozmówce o podesłanie za pomocą esesmana numeru telefonu do celu moje podróży. Po chwili odebrałem wiadomość i… mało mnie cholera nie trafiła. Opcja SMS w iPhonie nie posiada podstawowej funkcji jaka jest klikalność znajdującego się w treści wiadomości numeru. Taka możliwość dawała Nokia której używałem w 1999 roku, szok spowodowany jej brakiem był więc dość spory. Postanowiłem zwyczajem jakiego nabrałem przy MDA skopiować numer i wkleić go bezpośrednio do telefonu. Szlak trafiał mnie coraz większy bo zorientowałem się, że mega super duper bajerancki sprzęt pana Jobesa nie posiada opcji Copy/Paste. Przypomnę, opcji którą miał od zawsze mój MDA rocznik 2003… jak że byłem już praktycznie u bram celu mojej podróży złapałem sie ostatniej gałęzi jaka mi przyszła do głowy, zacząłem szukać w książce adresowej telefonu do mojego rozmówcy. I tu już ni e szlak, nie cholera, a kurwica jasna mnie wzięła. Lista ponad 200 kontaktów które zassane zostały z mojego komputera pozbawiona została opcji tak banalnej, że wstyd by mi było spytać o nią sprzedawcą. Wyszukiwarki. Owszem mogę sobie palcem po szybce pomazać szukając odpowiedniego kontaktu. Ale nie w ruchu ulicznym!!! I nie przy takiej ilości danych przelatujących przed oczyma w pięknie, a jakże, animowany sposób!!!
iPhone Copy and Paste from lonelysandwich on Vimeo.
Wieczór spędziłem w totalnej frustracji. Dotarło do mnie, że urządzenie o nazwie iPhone ma tyle wspólnego z telefonem co Polonez w samochodem wyścigowym. Brakuje mu wszystkich niezbędnych do utrzymania kontaktów opcji. Dodatkowo jeśli dany numer jest wpisany do książki z przedrostkiem +48 to owszem jest identyfikowany przez telefon, ale już SMS-y przychodzą nie od konkretnej osoby, ale od ciągu liczb. Zmiana polegająca na wykasowaniu owego przedrostka owocuje imiennymi SMS-ami i telefonami rodem z apelu w Auschwitz…
Dzień 3: Wieczorna decyzja obudziła się rano ze zdwojoną siłą. Sprzedaję to dziadostwo. Wi-Fi, przeglądanie stron WWW, dostęp do Google Maps, odtwarzacza muzyki i filmów znajdę w byle jakim MDA. Mało tego będzie miał on świetnie rozwiązany telefon, a całość zsynchronizuje się z lapsem czy innym komputerem równie dobrze jak produkt Jobsa. Dotykowy ekran, „odkrycie Apple’a”, MDA oferuje od blisko 10 lat. Może nie wygląda tak ładnie jak iPhoine, ale do jasnej cholery, sprzęt ma być użyteczny, a nie robić wrażenie. Co ciekawe, większość funkcji których brak doprowadził mnie poprzedniego dnia do szewskiej pasji znajduje się pod wspomnianym przyciskiem Install, w postaci aplikacji stworzonych przez wielbicieli produktu Apple’a. Czemu więc, skoro sa mozliwe do stworzenia, sprzęt który jest już na rynku od ponad roku ich nie posiada ich w standardzie? I czemu te doinstalowane znikają po zainstalowaniu nowego systemu?

W wytłumaczenie jakiego dostarczył mi Kufel – ex Apple NY – wierzyć mi się nie chce. Twierdzi on, że jak na jankeskie standardy iPhone to komórka rodem z kosmosu. Ponoć tamtejsza ludność na co dzień korzysta ze szmelcu rodem z Motoroli który technologicznie stoi na poziomie technologicznym z roku 1992. Uwierzycie? Bo ja nie… nie oni, nie naród techlnolgiami płynący. W koncu to oni wymyślili bombę atomową!!!
PS. Ponoć na początku maja ma pojawić się nowy firmware sygnowany cyferką 2 który zlikwiduje wszelkie trapiące mnie dolegliwości. Poczekam, ale jeśli to kolejna ściema firmy Apple, to przysięgam, że już nigdy nie kupie żadnego produktu z logiem jabłka.
iPhone
Plusy: wygląd, skalowanie okna przeglądarki, wbudowany iPod, automatycznie poziomowanie obrazu, system operacyjny oparty o Mac OS.
Minusy: brak opcji copy/paste, brak wyszukiwarki kontaktów, brak klikanych SMS, brak możliwości forwardowania SMS, brak możliwości kasowania pojedynczych SMS, beznadziejnej jakości aparat fotograficzny, brak opcji zoom w aparacie fotograficznym, brak kamery, brak GPS, brak MMS, brak Flash-a, beznadziejna klawiatura obliczona na palce 12 letniej dziewczynki, błąd słuchawki która po wyjęciu zawiesza głośniki telefonu.
McBook Air: Pierwsze wrażenia
Pięknie. Miałem dziś nie iść do pracy, ale jak głupi zadzwoniłem do redakcji z pytaniem czy nie będę potrzebny i oczywiście okazało się, że jak wpadnę to cos się znajdzie do zrobienia. Wsiadłem w Wołowinę i pognałem do Warszawy. Na miejscu posiedziałem trochę, popracowałem nad jakimiś tekstami, kiedy nagle w drzwiach staje pani z czarnym małym pudelkiem, wręcza je i znika. W kartoniku nowy, pachnący McBook Air …
Karton precz, wyciągam kompa wielkości mojego starego – leżącego w serwisie – McBooka. Wizualnie wydaje sie mniejszy, ale to tylko kwestia sprytnego designu. Wyjście na zasilacz, mniejszy niż w poprzednich wersjach, USB, monitor i słuchawki.
Odpalam system i już wiem ze wolne ładowanie mojego Leoparda to standard, a nie jak mi wmawiano, kwestia upgrejdu Leo na Tigerze. Wlecze sie jak nieszczęście, potem następuje konfiguracja po której odpala sie zajawka systemu i pojawia pulpit.
Z klawiatury, podobnie jak w ostatniej wersji McBooka, zniknęły jabłuszka, podświetlane klawisze są lekko poprzestawiane. Generalne jednak do czynienia mam z tym samym Jabłkiem co w przypadku mojego Maka. Brakuje jedynie większej ilości węjść/wyjść i napędu DVD.
Całość waży tyle co nic – 1,3 kg -, a w połączeniu z wyglądem sprawia wrażenie pustej teczki na dokumenty opatulonej metalową obudową. Ciekawe, czy podobnie jak w McBook-ach Pro, wygina się ona na słońcu. Niestety tego nie przetestuje bo musiałbym późnej za to zapłacić krocie.
Klapka z monitorem stawia opór po ustawieniu w pozycji lekko powyżej 90 stopni od klawiatury. Przy, wynikającym z wymogów całości delikatnym wykonaniu zawiasów juz na pierwszy rzut oka widać, że to nie jest komp do pracy w terenie, a jedynie zabawka do turlania sie w ludzkiej zazdrości po knajpach i spotkaniach firmowych. Parę mocniejszych szturchnięć i całość zaczyna trzeszczeć pod palcami. Twardy dysk typu Flash, który jest mniej podatny na uszkodzenia w standardzie? Zapomnij… Dostaniesz taki za dopłatą ponad tysiąca dolarów.
Oglądam to cudo i miast uniesienia wynikającego z obcowania z nowością widzę jedynie kolejny patent PiaRowy Apple’a. Firma Jobesa sprzedaje ten sam produkt, w nowym opakowaniu, które jeszcze bardziej niż w poprzednich edycjach narażone jest na awarie.
“Coś wisi w powietrzu” – twierdził Jobes przed premierą Air’a. Faktycznie, coś wisi. Jak na mój gust zbliżający sie wielkimi krokami moment w którym sztuczki PR przestana działać, a lud zacznie kombinować jak zainstalować MAC OS na zwykłych Piecach. Zacznie? Juz zaczął…
ps. zaczynam sie bać spotkania z moim iPhonem który – jak Bóg dał, a Łukasz nie zapomniał – pedzi do mnie pocztą…
Dlaczego nie lubię pozera Jobesa, a cenię okularnika Billa
Kiedy kupowałem MacBooka z jednej strony miałem znałem go doskonale za sprawa licznych znajomych objuczonych Jabłkiem. Z drugiej zaś była to spora niewiadoma. Wiadomo, parę godzin z doskoku spędzonych na czyimś sprzęcie nie daje tego co posiadanie własnego Maka i jego codzienne użytkowanie. Pól roku minęło i postanowiłem zapodac pewne podsumowanie. Zostało ono w pewien sposób wymuszone przez sytuację, ale o tym później.
Od strony softwarowej, OS, oprogramowanie, itp. nie mam do mojej makówki najmniejszych zastrzeżeń. Co prawda pojawiły się one przy okazji premiery Leoparda, kolejnej edycji systemu operacyjnego Apple’a, jednak dziś po paru upgrejtach OS i dostosowaniu się producentów softu do nowych wymagań wszystko hula, aż miło.
Nazwać ten system intuicyjnym to jakby stwierdzić, że Mercedes McLaren jest autem szybkim. Z jednej strony banał, z drugiej zaś jeśli nie siądzie się za kierownica nie ma się pojęcia jakie wrażenia przynosi jazda. Co prawda do dziś mam kłopoty z ustawieniem udostępniania plików w sieci, ale to pierdoła przy innych funkcjach. Nigdy wcześniej nie spotkałem tak doskonale napisanego systemu operacyjnego. Po prostu rewelacja.
Druga strona medalu jest jakość wykonania samego komputera. Biała mydelniczka, jaką jest MacBook, została stworzona z materiału który rysuje się przy byle kontakcie z otoczeniem. Nie rzucam swoim Jabłkiem, nie petuje na nim papierosów, nie trenuje też na nim karate czy rzucania weń lotkami. Mimo to już po miesiącu był cały porysowany. Skubaniec nabawił się kancer od noszenia w torbie…
Już w chwili zakupu trzeszczała w nim obudowa. Po dwóch miesiącach zaczął także trzeszczeć pad dotykowy. Dziś każde nim kliknięcie to symfonia odgłosów wszelkiej maści. Jeśli dodać do tego wyjątkową łapczywość klawiatury na brud, mamy do czynienia z kompem który po pól roku działania przypomina przenośna lodówkę która przeżyła upadek w przepaść. Osobiście mało mnie to przejmuje, gdyż komputer ma działać, a nie wyglądać, jednak wrażenie tandety potęguje się z każdym kolejnym miesiącem użytkowania. Oczywiście znane mi są sytuacje taka jak dyski twarde, zamontowane w Makach, które w wyniku wad fabrycznych dokonują autodestrukcji, metalowe obudowy MacBooka Pro wyginające się na słońcu itp. itd. Mnie nie dotknęły więc szczęśliwie żyłem w przekonaniu, że mój egzemplarz jest pozbawiony większych wad konstrukcyjnych. Aż do wczoraj.
Podłączywszy Internet w domu, skonfigurowaniu Sieci, zabrałem się za dodanie Maka do pozostałych elementów mojej infrastruktury. Trochę mnie zdziwiło, że po odłączeniu od sieci przestał działać. Nie zrażony podłączyłem ponownie zasilacz i ustawiłem wszystkie potrzebne parametry. Następnie udałem się do łóżka, żeby jak co wieczór zapodać sobie jakiś film przed snem. Laps nie chciał się odpalić. Kliknąłem przycisk w baterii informujący o stanie jej naładowania. Lampki milczały. Podłączenie zasilacza uruchomiło maszynę, jednak bateria ewidentnie się nie ładowała. Wygooglałem słowa kluczowe MacBook bateria i okazało się, że trafiłem do całkiem sporego grona osób z tym samym problemem.
Poranny telefon do znajomej w Apple’u Polska wyjaśnił wszystko. Okazało się, że spora część europejskiej edycji MacBooka wyposażona została w wadliwe baterie które z niewiadomych przyczyn po prostu przestają działać. Dotknęło to nie tylko mnie i licznych nieznajomych z Sieci, ale i całkiem spora grupę znajomych posiadających Jabłko w domu. Nie jest to więc sytuacja nietypowa. Wręcz przeciwnie. Podobnie jak w przypadku autodestrukcyjnych dysków, wadliwie mocowane głowice rżnęły talerze niszcząc zapisane dane, Apple nic z tym nie robi. Po cichu reperuje komputery trafiające do serwisu i udaje, że nie ma problemu.
Co prawda istnieje jakiś Światowy Program Wymiany Baterii (sic), ale firma która toczy piane wokół swojej wyjątkowości i elitarności powinna, moim skromnym zdaniem, poinformować mnie o zagrożeniu i wymienić wadliwy podzespół nie czekając na awarię. Notabene wymiana owej baterii trwać może blisko.. miesiąc. Firma wiedząc, że jej użytkownicy maja kłopoty z bateriami nie ma ich w magazynie. Musi je zasysać z centrali w USA. Jak dla mnie żenada.
Reasumując. Gdyby istniała możliwość zakupu zwykłego PC z możliwością instalacji MAC OS, nie zastanawiałbym się nawet chwili. Jakościowo sprzęt ten woła o pomstę do nieba. Do wspomnianych powyżej wad dodam jeszcze zbyt słabe karty graficzne instalowane w iMacach itp., itd. Zastanawia mnie czemu tyle osób psioczy na Gatesa i jego monopol, a słowem nie wspomina o Jobesie który uniemożliwia posiadaczom komputerów innych niż Mac na instalacje jego systemu. Inna sprawa, że pada mit wizjonerstwa szefa Apple’a. Gdyby gość miał jaja i umiejętności o jakie się go podejrzewa to otworzyłby system na inne platformy szybko pokonując konkurencję Windows. Tyle, że wtedy musiałby się zmierzyć z podobnymi problemami jak Bill: kompatybilność, sterowniki, wirusy czy support. Jednym słowem wskoczyć do pierwszej ligi producentów.
I tym się różni Gates od Jobesa. Ten pierwszy zlał kwestie dobrej prasy i wizerunku swojej osoby i odniósł sukces. Jobes zaś dba o wizerunek niezależnego wizjonera, ma doskonały PR, rzesze wielbicieli, ale tak naprawdę jest nędznym detalistą. I można nie lubić Billa, osobiście nie wiem z jakiego powodu, ale trzeba mu przyznać jedno. Ma facet jaja, a nie jabłuszka.
A gdzie zniknął w tym tekście mój Mak? Leży w serwisie…

Subscribe

Dobre







