Chuj bombki strzelił koncertu nie budziet. Miast jechać na Laibacha siedzę na pupie i czekam na jutrzejszy dzień, którego rankiem stanę się współposiadaczem domku z ogródkiem oddalonego o 500 metrów od dziury z wodą zwanej też zalewem zegrzyńskim. Nie żebym rozpaczał, jednak gdyby nie amatorszczyzna pewnego notariusz miałbym to z głowy już w poniedziałek i teraz byłbym w drodze do Krakowa.
Spotkanie z członkiem gangu prawników jakim jest ów notariusz przyprawiło mnie o drgawki. Gość łyka sporo kasy za godzinę pracy polegającej na przeczytaniu papierów przygotowanych przez asystentkę, a nie potrafi nawet udawać, że jest miły. Patrząc na niego i próbując dowiedzieć się czemu właściwie taktuje swoich klientów jak plebs przypomniało mi się powiedzenie które zasłyszałem jeszcze w Łodzi: Jak mnie dmiesz w tyłek to się przynajmniej uśmiechaj. Darowałem sobie jednak jego zacytowanie choć niewykluczone że facet usłyszy ową frazę jutro rano.
Owszem wiem, że mógłbym wybrać innego typa, jednak zadziałało dobre serce. Sprzedawcy, pominę milczeniem psychologie faceta będącego obecnie właścicielem posiadłości, rozpłakali się na wieść że muszą podjechać do Warszawy na podpisanie aktu. Mają dzieci, do miasta pod górkę, szmat drogi kosztujący masę benzyny (32 km) itp. Itd. Przystaliśmy więc z moja zona Zofia na to ze znajdą jakiegoś notariusza w swojej okolicy. No i zaczęło się. Okazało się, że miejscowy gangsta robiący za notariusza bierze podwójna warszawska cenę dodatkowo żąda opłat od rzeczy które jego koledzy po fachu z miasta robią za free. Wpieniłem się już wtedy i gdyby nie fakt, ze sprzedawcy postanowili pokryć różnicę miedzy notariuszem z miasta i ze wsi w życiu bym nie poszedł na ten numer. Teraz to się mści.
W miejscowości do której trafiliśmy jest trzech notariuszy, z czego dwóch siedzi w jednym biurze. Konkurencji żadnej. Miejscowy lud który nie chce jeździć do Warszawy – wspomniane utrudnienia – łazi do nich, a ci traktują lud jak naprzykrzający się plebs. Przed kancelarią błyszczący Mercedes klasy C, goście mają złote spinki, a fakt że nie potrafią porządnie przygotować się na spotkanie z klientem nie wzbudza u nich grama zażenowania. Ba, słysząc, że ich zachowanie i praca wyglądają na działanie amatorów nadymają się niczym indory. Jedna wielka żenada, określana przez Trybunał Konstytucyjny „dbałością o wysoki poziom usług prawniczych”. Wpuścić w te stęchliznę trochę młodych ludzi po studiach i od razu by się skończyły Mercedesy, amatorszczyzna , sitwa i obrzydzenie na widok klientów.
Wolny rynek kurwa jego mac…

Subscribe
Dobre






