Fatum?
Pod koniec lipca tego roku kupiłem marzenie mego życia. Mazda 6 Extensive. Przebieg 36 tysięcy kilometrów. 137 koni, 9 z groszami do setki, w środku tak zwany pełen wypas. Czarna skóra, dwustrefowa klimatyzacja, Dolby 5.1 Bose, GPS, USB, końcówka na iPoda i inne duperele.
Auto prowadzi się bajecznie. Kontrola trakcji pozwala na sporo wygibasów przy których Wołowina dawno wypadła by z drogi. W środku cisza mącona jedynie muzyką. Świetne przyspieszenie pozwalające na bezstresowe wyprzedzanie. Mógłbym kontynuować achy i ochy bez końca.
Problem pojawił się po pierwszym przeglądzie. Nie minęły od niego dwa tygodnie kiedy nagle coś zaczęło stukać pod maską. Laweta, podróż do serwisu. Diagnoza? Urwała się jakaś panewka wpadła w młyny i silnik nie nadaje się do dalszej eksploatacji. Naprawa na oryginalnych częściach to koszt rzędu 12 tysięcy złotych. Taniej wyszło kupić używany silnik i wstawić go w miejsce starego. Koszt nowego to jakieś 30 tysięcy. Jak się okazało awaria jest typowa dla mazdowskich diesli. Na placu serwisu stało 7 takich samych przypadków. Po miesiącu czekania w kolejce odebrałem auto z serwisu. Jeszcze w warsztacie zauważyłem, że nie działa wbudowany w deske GPS i wyrwane zostało gniazdo zapalniczki. Jako, że magicy na elektryce się nie znają polecili mi wizytę u takowego którego byłem już wczesnej klientem przy okazji dostrajania nawigacji i instalacji zabezpieczeń przed złoczyńcami.
Objechałem pól miasta załatwiając swoje sprawy i kiedy już wracałem do domu poczułem coraz mocniejsze wibracje. Wcześniej miałem uczucie przesuwania się środka ciężkości samochodu jednak zwalałem to na letnie opony na felgach które wiozłem w bagażniku. Kiedy pojawiły się wibracje zadzwoniłem do serwisu i po szybkich oględzinach okazało się, ze magicy nie dokręcili silnika. Słabo?
Kiedy poprawili swoja partaninę udałem się w drogę powrotna przysięgając sobie, że nigdy już nie skorzystam z usług renomowanego, polecanego przez znajomych „najlepszego w Polsce serwisu Mazdy”. Wtedy zaświeciła się kontrolka paliwa. Podjechałem na stację, nalałem 55 litrów BP 98 Ultimate i ruszyłem w dalsza drogę.
Kilometr później zacząłem tracić moc, a po kolejnym pojawił się terkot spod maski. Telefon do serwisu i nagle oświeciło mnie. Od 2001 roku jeździłem benzyniakami. Najpierw Honda Civic, potem Wołowiną, a po miesięcznej przerwie spowodowanej zakupem mojej Mazdy, Skodą Zofii, również benzynową. Zmęczony po całym dniu, wkurwiony na serwis, ledwo widząc na oczy nalałem 55 litrów wysokooktanowej benzyny do… diesla. Mazda do warsztatu, rano odebrałem ją po opróżnieniu baku z wrażego paliwa.
Tego samego wieczoru pojechałem z psem na szkolenie. Na jego zakończenie zwierzak w ramach sprintów z kolegami wbił się w jakieś krzaki i wyszedł z niego z rozciętym uchem. Niby żadna sensacja. Tyle że jak się okazało psy maja bardzo ukrwione uszy i jucha lała się z niego jak z sikawki. Nocna wizyta u najbliższego weterynarza – dokładnie weterynarki, na oko 25 letniej, z włosami uplecionymi wzorem amerykańskich murzynek za pomocą koralików, o nazwisku które aż się prosi o głupie żarty. Lepka… ;)
Nocny powrót do domu. Wjeżdżając przez bramę zauważyłem we wstecznym lusterku jakieś deski fruwające w powietrzu. No cóż. Skoda była o dobre półtora metra krótsza. Wejście Mazdą pod kątem rodem z Czech musiało się tak skończyć. Wgięte tylne drzwi i deski pourywane z krawędzi płotu. Moja wina, aczkolwiek stwierdziłem szybko, że straty nie są wielkie a z wgiętymi drzwiami można jeździć.
Dziś wgięcie zamieniło się w potężną rysę zaczynającą się na przednich, biegnąca przez tylne drzwi, a zwieńczoną wdzięczna dziurą na tylniej blasze. Jak do tego doszło? Jechałem dziś z Zofia na badania kiedy nagle przed nosem wyrosły mi dwa rozbite samochody stojące na moim pasie. W chwili gdy próbowałem je ominąć otarłem bokiem o jakąś ciężarówkę.
Zofia bąka cos o fatum, znajomi radzą sprzedać felerne auto. Osobiście jestem zwolennikiem teorii, że nie poznałem jeszcze auta a jest ono dłuższe i szersze od wołowiny która miałem obcykana pod każdym względem. Niepokoi mnie jednak obrazek z placu przed ASO Mazdy. Ten sznurek aut z uszkodzonymi w wyniku normalnej eksploatacji diesli.
Źli ludzie
Mam kolejny powód żeby nie lubić ruskich. Parę dni temu odwiedziłem przemiłego młodzieńca zajmującego się nawigacjami, zabezpieczaniem aut i temu podobnymi duperelami.
Umówiłem się z nim na jutro w celu uruchomienia firmowo zainstalowanego systemu VDO Dayton, dodaniu do bolidu gniazd usb pozwalających na odpalenie dysku twardego z muzyką i zabezpieczenia przed kradzieżą mojej nowej pociechy zwanej dalej Suczką.
Przemiły młody człowiek na dzień dobry poinformował mnie, że S. jest jednym z ulubionych celów naszych złodziei. Na dowód tego wskazał wyłamany zamek od strony kierowcy. Zdębiałem, bo jeszcze dwa tygodnie wcześniej zamek działał, a że używam głownie pilota w życiu bym nie zaważył jego braku.
Dziś odkryłem powyciągane kable od stacyjki, oraz brak dynksów osłaniających śruby kierownicy. Ewidentnie ktoś siedziąl w środku i próbował odpalić moje cudo.
Czemu nie lubię ruskich? Otóż nikt już u nas nie kradnie aut na nasz rynek. Ot, co bardziej wypasione fury lądują za naszą wschodnią granicą gdzie prawo nie funkcjonuje, a na pomyśl sprawdzenia numerów silnika i nadwozia nie wpada nawet tamtejszy Szerlok Łotson. Bo na chuj skoro 70% tamtejszych aut z wyższej półki pochodzi z “niezależnego” importu, czytaj “jest owocem walki z kapitalistycznymi świniami z zachodu”.
Dzicz…
208
Było by więcej, ale podstępny TIR zaczął wyprzedzanie i musiałem spuścić nogę ze spustu. Przedziwne uczucie. Gdzieś koło 190 nagle robi się cicho. Słychać jedynie bieżnik szurający o podłoże. Nie licząc delikatnego dźwięku słowiańskiego chorału wypełniającego kabinę.
To najwyższy wynik jaki osiągnąłem w swym krótkim życiu. Poprzedni należał do Wołowiny kombi 115 koni i Mazdy 6 sedan 145 koni. Oba auta zatrzymywały się przy 198 i blokowane były przez elektronikę. Moja nowa kochanka miała jeszcze trochę do powiedzenia, gdyż przy 208 na godzinę jechała pod górkę i ewidentnie dała by radę dać z siebie więcej.
Niesamowite auto. Nie jest to Ferrari, ale jak na dziś jest moim numerem jeden. Gdyby jeszcze na zakrętach nie odpalała na dzień dobry systemu kontroli trakcji…
PS Nawigacja wbudowana w Szerszenia podaje szybkości mniejsze od 5 do 9 km niż licznik. Wynik może być więc delikatnie słabszy.

Subscribe


Dobre





























